Jak trafiłam do Nowej Zelandii?

Dziś jest 25 marca 2016 roku. Do tego dnia w Nowej Zelandii spędziłam około 2,5 roku. Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Myślę, że nie ma to znaczenia. Ważniejsze jest to, co się tam wydarzyło, kogo spotkałam i czego dowiedziałam się o sobie, oraz co z tego wynikło.


W Nowej Zelandii okazało się, że spełnianie marzeń jest możliwe, ale niezwykle trudne.

Praca marzeń rzeczywiście istnieje, ale raczej nie jest na całe życie.

Spełnione marzenie, generuje kolejne i kolejne niespełnione marzenie. I tak w kółko, bez końca.

Jak żyć, więc?

On my way to wanaka
W drodze do Wanaka

Szukanie pracy w ciemno

Po skończeniu studiów w 201X roku:-) wyjechałam od razu do Norwegii. Plan zakładał znalezienie pracy blisko kurortu narciarskiego (nadchodził listopad) pracować dużo gdziekolwiek, zarobić na podróże i jednocześnie w wolnym czasie jeździć na nartach, czyli cieszyć się z życia. Temat pracy w Norwegii miałam już wcześniej rozpoznany, więc mniej więcej wiedziałam gdzie i jak się poruszać.

Wylądowałam w Voss – miasteczku oddalonym ok 2h jazdy na wschód od Bergen. Trafiłam tu przez przypadek, akurat tutaj znalazłam prace na sezon zimowy. Wszystko działo się dość późno, bo był już początek listopada, więc sezon zimowy zaczął się jakiś czas temu. Miałam jednak szczęście. Okazało się, że do Voss zjeżdża bardzo dużo obcokrajowców, bo miasteczko te jest centrum sportów ekstremalnych; świetne warunki do raftingu, kajakarstwa górskiego, downhillu, paraglajdingu oraz narciarstwa, snowbordu i freeridu zimą. Co roku odbywa się tu Extrme Sport Festiwal, który jest jedną mega wielką pijacką imprezą. Ja pracowałam we włoskiej knajpie prowadzonej przez kobietę z Chile. Pracowałam, jeździłam na nartach i tak w kółko. Potem już tylko pracowałam, bo przyszło lato, nadszedł sezon letni i rozpoczął się rafting oraz inne sporty letnie.

Wiele rzeczy zależy od… ludzi!

Do Voss zjechało sporo ludzi, którzy pracowali w przemyśle turystycznym. W pubie poznałam kilku nowozelanczyków, dla których rafting i kajakarstwo to chleb powszedni. Zakolegowałam się z Newtonem, który pewnie już zmęczony moim ciągłym gadaniem o raftingu, Nowej Zelandii i innych marzeniach zaproponował mi pomoc w ich realizacji. Nathon był instruktorem raftingu i pracował w kilku krajach na świecie. U siebie w domu prowadził zajęcia ze studentami, miał więc chyba najwyższe kwalifikacje, jakie można zdobyć w tym zawodzie. Nie mogłam trafić w lepsze ręce!

Na raftingu, spełniam marzenia :-)
Na raftingu, spełniam marzenia 🙂 Tu woda jeszcze jest spokojna
A tu z Nathonem :-)
A tu z Nathonem 🙂

O Nowej Zelandii i raftingu (spływ na pontonach górskimi rzekami) marzyłam chyba od zawsze. Pamiętam jak dziś zdjęcia z Kanionu Kolorado w jakiejś gazecie i wielkie pontony, które płynęły po jego wodach. To były takie marzenia, które były po prostu marzeniami, nigdy na poważnie nie myślałam, żeby się za to wziąć. Nagle jednak los do mnie wyciągnął rękę i nie czekał, aż sama to zorganizuję. Świat stał się dla mnie otwarty i okazało się, że będę uczyć się raftingu. I to w Nowej Zelandii.

Spakowałam manatki, z ulgą powiedziałam w pracy, że odchodzę, wróciłam do domu się przepakować i poleciałam do Nowej Zelandii.

Zgubiona gdzieś na wyspie południowej :-)
Zgubiona gdzieś na wyspie południowej 🙂
%d bloggers like this: